Wszystko czyli nic – sztuka realizowania celów to sztuka rezygnowania.

Jak zrezygnować ze swoich genialnych pomysłów?

Powiedziałbym, że jestem wizjonerem. Inni, że “fantastą”. Zdecydowanie lepiej wychodzi mi tworzenie wizji, niż murowanie cegieł (choć i tego w życiu próbowałem). O wiele łatwiej jest snuć plany i budować strategie, niż je realizować. Nic dziwnego, bowiem planowanie i roztaczanie wizji jest o wiele przyjemniejsze od zderzania się z przyziemnymi problemami. Peter Drucker powiedział, że nawet najlepiej przemyślana i wyrafinowana strategia, w ostateczności sprowadza się do ciężkiej pracy. Tworzenie strategii to więc nie to samo, co skuteczne realizowanie celów, które ta strategia definiuje. A sztuka realizowania celów to przede wszystkim sztuka rezygnowania. A to – paradoksalnie – sprawia nam największą trudność.

Czasami żartuję, że gdybym zrealizował 10% pomysłów na biznes, które miałem w życiu, latałbym prywatnym odrzutowcem. Może tak, może nie. Problem polega na tym, że dobry pomysł nie wystarczy. Nie jest nic wart, dopóki nie jest zrealizowany. Zresztą tak naprawdę dopiero wtedy można stwierdzić czy był naprawdę dobry. Reszta to spekulacja. Ale jak zdecydować, której inicjatywie się poświęcić i ciężką pracą przekuć wizję w rzeczywistość?

5 oznak, że masz do czynienia z partaczem.

Niedawno zakończyłem remont małego mieszkania. Na etapie kontraktowania prac zadzwoniłem do firmy zajmującej się instalowaniem klimatyzatorów. Po drugiej stronie odezwał się pan, któremu czas i termin mojego telefonu wyraźnie nie pasował. Przedstawiłem w skrócie jakie są moje potrzeby. Odpowiedzi na moje pytania poprzedzała długa pauza wynikająca z konieczności zaciągnięcia się papierosem. Na moje pytanie o możliwość otrzymania oferty usłyszałem odpowiedź: “No to trzeba by przyjechać i to zobaczyć”.

Partacze

Na pytanie kiedy może przyjechać usłyszałem, że “ciężko powiedzieć”.  Zakończyłem rozmowę, krótkim “do widzenia”. Na tym etapie wiedziałem już, że mam do czynienia z partaczem. Niestety w branży budowlano remontowej, zachowanie takie nie jest wyjątkiem. Tutaj trzeba być szczególnie ostrożnym i warto polegać na referencjach, choć i te – z mojego doświadczenia – nie gwarantują, że unikniemy wpadek przy wyborze wykonawców.

Jak rozpoznać naładowane baterie?

[grwebform url=”https://app.getresponse.com/view_webform_v2.js?u=BpuJ6&webforms_id=11067201″ css=”on” center=”off” center_margin=”200″/]Niedawno słuchałem podcastu This Is Your Life Michaela Hyatt’a poświęcony rekrutacji pracowników. Michael mówi w nim o konieczności poszukiwania ludzi, którzy mają naładowane baterie. Metafora ta daje dość szerokie pole interpretacji. Nie chodzi tu jednak o ludzi, którzy nie zasypiają przy biurku w środku dnia. Chodzi raczej o stosunek do problemów, które pojawiają się codziennie w życiu zawodowym, ale i w równym stopniu osobistym, każdego z nas.

Kiedy zarządzałem działem logistyki w dużej firmie dystrybucyjnej, problemy pojawiały się całymi batalionami. Nie było spokojnego dnia. Skala przedsięwzięcia i stopień skomplikowania codziennych wyzwań nie dawał możliwości zapanowania nad wszystkim bez delegowania odpowiedzialności innym osobom. Niestety nie wszyscy byli gotowi na poszukiwanie rozwiązań na własną rękę. O ile umiejętność identyfikowania problemów i tego co sknocili inni jest dość powszechna, o tyle inicjatywa poszukiwania i wdrażania dobrych rozwiązań jest nieco rzadszym zjawiskiem. Wielokrotnie podczas spotkań, burzliwa rozmowa na temat tego co nam przeszkadza, cichła wraz z pytaniem o propozycje rozwiązania problemu.